niedziela, 1 grudnia 2013

Liebster Award

Niespodziewanie dla mnie mój blog uzyskał nominację do Liebster Award.
Dziękuję za zaufanie, mam nadzieję, że nie zawiodę.
W związku z tym wydarzeniem mam odpowiedzieć na 10 pytań, skierowanych do mnie przez osobę, która mnie nominowała.
1.Kiedy ostatnio zrobiłaś coś tylko dla siebie?
Może to niepopularne, ale siebie stawiam na pierwszym miejscu i nie jest to wcale egoizm. Dbając o siebie będę dłużej dla moich najbliższych i będę mogła pomóc im w potrzebie.
Codziennie robię coś dla siebie.Dzisiaj rano odpowiadam na pytania, która to praca daje mi sporo satysfakcji, a za chwilę pobiegnę nad Zalew Zemborzycki.
2.Twoja wymarzona podróż.
Andy i święte miejsca Inków, Góry Skaliste/USA,(jesienią są najpiękniejsze), Wiosna w Górach Diamentowych -Japonia i Kotlina Kłodzka,(każda pora roku)Na Podlasie jadę za tydzień.
3.Ulubiona potrawa
Kasza jaglana z miodem i orzechami od Iwonki,z cynamonem, imbirem, nasionami chia, ale ugotowana przez Zbyszka (zajadamy rankiem z Marysią, kiedy jestem u Zbyszków na Podlasiu)
4.Jaki chciałabyś dostać prezent?
Prezentem dla mnie jest zawsze wizyta mojej ukochanej Oleńki, Kruszynki/teraz już dużego Okruszka/,która przewartościowała moje życie.
5.Ulubiona pora roku i dlaczego?
Wiosna.Bo budzi nadzieje na nowe i lepsze, zwiastuje odrodzenie Ziemi i pokazuje nie przemijające jej piękno.
6.Co się dzieje z duszą po śmierci?
Upraszczając: Eben Alexander"Dowód"Całkowicie zgadzam się z autorem i wierzę w to głęboko, dzięki temu nie boję się śmierci.
7.Co zabrałabyś na bezludną wyspę?
Papier, pióro, długopisy i ołówki.Jedzenie rosłoby na drzewach albo na krzewach.
Papier i pióro po to, aby pisać moją powieść.Jak wypisze się atrament, sięgnę po długopisy, jak i one się wypiszą , zostaną ołówki . Kiedy zabraknie ołówków, powieść będzie już napisana.Potem będę pisać wiersze patykiem na piasku.
8.Co to jest podświadomość?
Temat szeroki, Kahunowie odpowiedzieli już dawno, nie będę się powtarzać.
9.Ulubiona bajka lub postać.
Uwielbiam Janinę Porazińską i jej "Trzy gadki", książki nie mogę nigdzie dostać,a jedyny egzemplarz moja córka zaczytała na śmierć...Poza tym całego Brzechwę i Tuwima.
10.Kolor twoich drzwi wejściowych do domu.
Jak go już będę miała, to drzwi będą w kolorze czerwieni , jeśli będzie do domu wchodziło się od strony południowej, co jest prawdopodobne.

Dziękuję za nominację.
Jednoczesnie polecam blogi:
Art-i-rene.blog za prezentowaną pełną radości wizję życia wypełnionego optymizmem i miłością
życie w remoncie.blog za próbę zdefiniowania siebie w świecie
teczamoichmysli.blogspot.com za barwne i coraz ciekawsze posty

  

poniedziałek, 25 listopada 2013

Zamek Książąt Pomorskich, Walduś i striptiz

Mam nadzieję, że kawiarnia "Duet" istnieje jeszcze w Szczecinie. Przychodziliśmy tam zawsze na kawę, dodam, wyśmienitą i na  bardzo smakowite i różnorodne ciasta. Najzabawniejsze było to, że z Hanią siadywałyśmy w witrynie okna i udawałyśmy wystrój wnętrza.Zawsze było tam mnóstwo ludzi, bo w szarzyźnie i ogromnej siermiężności  końca lat osiemdziesiątych, kawiarnia ta była zjawiskowa.Takiej nie było w całym wielkim Szczecinie.
  Zwykle właśnie tam przygotowywaliśmy konferencyjne wnioski. I właśnie tam zastała nas wiadomość,że zostaliśmy zaproszeni na Zamek Książąt Pomorskich. Oglądać Zamek z zewnątrz, a wejść tam i być na eleganckim bankiecie,to coś zupełnie innego.
  Przepiękne sale, w których umieszczono stoły bankietowe i podium dla orkiestry Zbigniewa Górnego, jarzyły się kolorowymi światłami , dyskretnie oświetlającymi wybrane rejony sali bankietowej i tanecznej.
  Bend Górnego zawsze robił na mnie wrażenie, a to z powodu ogromnego poczucia humoru Dyrygenta, świetnych aranżacji i prezentowania naprawdę dobrych  wokalistów.
   Wszystko mieniło się i skrzyło, budowało niebywały nastrój.Wydawało nam się ,że jesteśmy w nierealnym świecie.Było tak elegancko,że baliśmy się poruszyć, żeby nie zburzyć tego nastroju.
   Orkiestra zaczęła grać, rozpoczął się koncert. Było bajecznie. Podziwialiśmy popisy orkiestry i solistów wokalistów.W przerwie koncertu zauważyłam kątem oka , że jeden z członków zespołu wstał, położył instrument obok i zbliżał się w kierunku stolika, przy którym siedziałam.
  -Czy mnie poznajesz? Oniemiałam z wrażenia. Przede mną stał przystojny mężczyzna, który na dodatek przed chwilą grał na uwielbianym przeze mnie instrumencie, saksofonie tenorowym, nazywanym pieszczotliwie "sex tenor". Nie poznałabym mojego szkolnego kolegi nigdy, ale ten, z lekką chrypką głos..., a jakże, poznałam.-Staszek?
   LO, szkolna orkiestra i chór. Staszek grał w orkiestrze, ja byłam solistką tej orkiestry i chóru.
Obydwoje zawdzięczamy tak dużo naszemu profesorowi Kazimierzowi Kudybie, który wychował wiele kolejnych roczników wrażliwych na muzykę.Wielu z nas zdobyło potem wykształcenie w tym właśnie kierunku.To właśnie profesorowi zawdzięczam, że siedziałam teraz w sali balowej Zamku w doborowym towarzystwie i spotkałam chłopaka z tamtych lat. Moje koleżanki prawie umarły z wrażenia, a koledzy zawyli: o, o ,o o!Umówiłam się ze Staszkiem na wspominki po koncercie w "piekiełku".
  Tymczasem zbliżał się punkt kulminacyjny wieczoru. Po raz pierwszy mogłam obejrzeć striptiz zaprezentowany przez Sonię. Sonia była śliczna i bardzo zgrabna . Poruszała się jak kotka, prezentując młode ciało i niebanalną urodę. Nasi koledzy wpadli w dziki zachwyt. Siedzielismy blisko "wybiegu", po którym poruszała się Sonia. Rozrzucała dokoła różne części garderoby, odsłaniała i prezentowała swoje nienaganne ciało.
  Futro opadło. Przed nami stała zupełnie naga, piękna , świadoma swojej urody młoda dziewczyna.
  Walduś, który siedział przy wybiegu , zerwał się , podniósł futro i narzucił go na Sonię,
 -Zmarznie pani- powiedział głośno.
Sonia biegiem opuszczała pasaż, a jej plecy drgały od nie skrywanego śmiechu. Walduś nie dał za wygraną:-Proszę pani, niech pani wraca! Jeszcze jest jedna zwrotka i jeszcze jeden refren!!!
   Połowa muzyków  porzuciła bend i wybiegła ze sceny.Wszyscy wyli ze śmiechu. Nasze makijaże popłynęły/niestety, kosmetyki w tamtych czasach pozostawiały wiele do życzenia/. Plecy pana Zbyszka drgały jak w konwulsjach.
   Zarządzono przerwę.
Ten wieczór przeszedł do legendy, przypominamy go zawsze , kiedy się spotykamy. Budzi w nas ciągle wesołość.Mamy co wspominać. Tak jak ja i Staszek.Tańczyliśmy do rana i wspominaliśmy starą dobrą "budę",w której zbudowano w nas marzenia, a myśmy nadali im kształt.Dziękuję Profesorze!
  

czwartek, 21 listopada 2013

Ale baba, pychota!!!

Dla was wszystkich , z pięknego Podlasia przywiozłam przepis na niezwyczajną babkę. Ni to tort, ni to biszkopt, ale , co za rewelacja.Można ją jeść na gorąco, jako zupełnie oddzielne danie .Można ją spożywać na zimno jako najdoskonalsze ciacho, rarytas do kawy , herbaty, do lampki wina. Jest to baba zdrowa, jak Dziewczyny z warkoczami ze środkowego Podlasia, smakuje wybornie. Gdyby Marysia nie powiedziała mi z czego ją upiekła, nie uwierzyłabym nigdy. Byłam przy przygotowywaniu tej baby, patrzyłam uważnie , potem ją konsumowałam/takie tam konsumowanie, ja ją zżerałam zachłannie, pochłaniałam wręcz/.
  Receptura jest własnością Marysi, ale pozwoliła mi na jej upowszechnienie, co niniejszym czynię.

 Składniki:/wszystkie znajdziecie w sklepach ze zdrową żywnością./
  *1 szkl soczewicy czerwonej
  *4 jaja  od kur szczęśliwych/poszukajcie na targu, w stronę fermowych nawet nie patrzcie!/
  *olej kokosowy/najlepszy jest aman prana/ 3 łyżki
  *karob /mączka z drzewa świętojańskiego lub karob jako melasa z drzewa świętojańskiego/3 łyżki
  *cynamon 1/4 łyżeczki
  *goździki zmielone, szczypta
  *gałka muszkatołowa szczypta
  *wanilia/nie cukier wanilinowy, ma być wanilia!/, do smaku
  *3-4 łyżki cukru buraczanego nierafinowanego/musi być tan napis,że jest nierafinowany/lub ksylitol
  *mąka migdałowa lub z amarantusa 2-3 łyżki
  * bakalie:orzechy poćwiartowane na kawałeczki/laskowe/, żurawina , posiekane suszone morele,można dodać, co się lubi./dodaję sporo, ale nie przesadzać/
   1.Soczewicę zalać 2,5 szklanki wody i gotować na ogniu 15 min, aż zacznie się rozpadać
   2.Jak trochę przestygnie dodawać wszystkie składniki i porządnie wymieszać na gładką masę/thermomix byłby tu najlepszy, może być dobry mikser/
   3.Jeśli masa jest zbyt rzadka dodać mąkę z amarantusa, mąkę ryżową, migdałową/2-3 łyżki/
   4.Na koniec dodajemy bakalie
   5 .Wlewamy do foremki i pieczemy w 180-200 stopniach przez 50 min /dobrze byłoby mieć foremkę silikonową, albo taką, z której łatwo wyjąć babkę./moja ma 18 cm średnicy i jest w sam raz/
   Zbyszek i ja podziwiamy pomysły i kunszt kulinarny Marysi.
    Marysiu!!!!
    Zabieraj się do napisania książki o zdrowym żywieniu.Gotujesz wybornie,masz mnóstwo odkryć i cudownych przepisów w tej dziedzinie.Taka książka będzie pomocna dla tych wszystkich, którzy nie wiedzą , jak pomóc ludziom z nadwagą, ludziom szukającym przepisów na zdrowe odżywianie.
Ta zdrowa i pyszna potrawa jest dedykowana wszystkim , którzy mają wybredne podniebienia i nie zapychają się pszenicznymi, przepełnionymi szkodliwymi dla zdrowia ciastami.
Wszystkim życzę smacznego.



środa, 20 listopada 2013

PROMIENIE ZDROWIA: Nogą w ...nery !!!

PROMIENIE ZDROWIA: Nogą w ...nery !!!: Ostatnio w tvn 24 oglądałam program, do którego zaproszono trzy śliczne dziewczyny. Przywiozły medale z mistrzostw Europy w karate.Gdyby nie...

Nogą w ...nery !!!

Ostatnio w tvn 24 oglądałam program, do którego zaproszono trzy śliczne dziewczyny. Przywiozły medale z mistrzostw Europy w karate.Gdyby nie ten program, nikt by o tym nie wiedział.Zaprezentowały walkę/walczyły przed kamerami "na niby", ale to ,co pokazywały było klasą samą w sobie/. Posiadły niebywałe umiejętności. Nogą w nery!/to było coś!/
  Ciekawa reakcji moich znajomych, zadzwoniłam do kilkorga z nich.Oglądają ten program zawsze. -Co ty na to?- zapytałam. I usłyszałam :- Ale o co ci chodzi, że jakieś pindy zdobyły medale? Wielkie mi co!!!!
Poskakały trochę i pewnie jeszcze z tego mają kasę!!!.
Nie oniemiałam z wrażenia. Jestem od dawna świadkiem takich reakcji.
Pamiętam czasy, kiedy namiętnie oglądałam i dalej oglądam skoki narciarskie. Kocham Adasia Małysza, nasze dobro narodowe, miłością bezwzględną. Dostarczył mi wielu wzruszeń, niepokoju, całej gamy różnorodnych uczuć.Uczyłam się od niego, młodziutkiego chłopaka, a potem dojrzałego sportowca i mężczyzny, upartego dążenia do celu.
 Adaś upadał, podnosił się i mówił, że jest dobrze.Zawsze płakałam , kiedy zawieszano mu kolejne medale, grano mazurka Dąbrowskiego, a Adaś też wielokrotnie ocierał łzę.
  Widziałam wiwatujące tłumy, ludzi z Wisły, którzy śpiewem i muzyką witali swojego bohatera, byli z niego dumni, ja byłam dumna z tego ,że jestem Polką, byłam prawie Adasiem Małyszem. Wielokrotnie powtarzałam, że też wygram , jak Adaś, że wszystko mi się uda. Był mi podporą w trudnych chwilach mojego życia. Kiedy on wygrywał , ja wygrywałam też .
  Pamiętam dzień, w który Adaś kończył swoją karierę, płacze mi się do dzisiaj , kiedy to wspominam.
  Drobniutki, cudowny chłopak z Wisły, skromny i pełen pokory. Nic go nie zepsuło! Ani śniadania z kolejnymi prezydentami RP, ani spotkania z wielkimi i możnymi tego świata.Może już nic nie robić.Ma do końca życia z czego żyć.Ale to nie Adaś. Komfort  i lenistwo zostawił innym. Dalej jest wspaniałym ,wielkim sportowcem, próbuje sił w innej dziedzinie sportu.
  No i w dniu, kiedy kończył karierę, zapłakana i spuchnięta pobiegłam do sklepu, po zakupy.
  Sprzedawczyni od razu zauważyła spuchnięte oczy. Adaś kończy karierę, wydukałam. No i zaczęło się.
 - A , co on takiego zrobił, poskakał sobie?!
  -Niechby spróbował na budowie, to by wiedział, co to praca.!!
 - Wielkie mi coś, poskakał, poskakał i skończył!!
   Nigdy już nie weszłam do tego sklepu!!!Co za prymitywne babska i faceci.
Te trzy młode medalistki i nasz kochany Adaś harowali na to wiele lat. Kiedy wszyscy jeszcze spali, Adaś z plecakiem wypełnionym kamieniami szedł w góry wiele kilometrów dziennie. Nie wspomnę już o czasie spędzanym z trenerem, próbowanie setek razy odbicia, składania się do lotu, itd. itp.
  To samo te dziewczyny, świtem o 4 i 5 rano, wiele godzin dziennie,kiedy wszyscy odpoczywali, chodzili na dyskoteki, do kina , one ćwiczyły całymi godzinami.
   Ale my Polacy mamy  we krwi , opanowaną do perfekcji , metodę. Jest to metoda równania żywopłotu. Jeśli któryś z pędów wyrasta ponad inne, ogrodnik obcina je. Tę sztukę w naszym kraju opanowano świetnie.. Nikomu nie może się udać, nie wolno wyrastać ponad przeciętność, zniszczą , go, wyrównają tak, że nie będzie się wychylał nigdy więcej.
  Jeżeli ktoś nie respektuje bylejakości i dąży do czegoś, wkrótce stanie się celem niewybrednych ataków.
  Nie przejmujcie się tym nigdy.Róbcie swoje.
  Wybijajcie się ponad przeciętność. Miejcie piękne domy i samochody, zdobywajcie szczyty gór, zwiedzajcie inne kraje. Korzystajcie z życia pełnymi garściami .
   Bądźcie obrzydliwie szczęśliwi.Sami dla siebie szczęśliwi.!
   Wówczas będziecie w stanie pomóc innym i wiem ,że pomagać będziecie, bo to także da wam szczęście.
   Bądźcie zawsze po DOBREJ STRONIE MOCY!!!

niedziela, 17 listopada 2013

Znałazłam......


                                                                             
Josephine Wall zdjęcie obrazu artystki,jego prezentacja
                                                       
                                                           Znalazłam

Kiedyś włączyłam się zupełnie mimochodem do filozoficznej dyskusji na temat obecności Boga we Wszechświecie.Dyskusja była trudna. Jej uczestnicy byli tak zacietrzewieni, że wkrótce przerodziła się ona w kłótnię, poróżniła kilkoro przyjaciół.
  Zwykle rozmowy na takie i podobne tematy kończą się co najmniej dziwnie, pozostawiają wiele pytań, na które po prostu nie ma odpowiedzi.
  Do niedawna myślałam , że dowodu na istnienie Boga nie ma i nigdzie się tego nie znajdzie.Ale...
  Razem z moimi przyjaciółmi wybrałam się na daleki spacer. Podlasie, rejon Grabarki.
To tutaj można usłyszeć ciszę.Cisza gra, wibruje, wciska się w zakamarki duszy, wypełnia ciało i umysł.
Leśne dukty tonące w słońcu, prowadzą w ostępy,krainę dzikiej zwierzyny, ptactwa i innych stworzeń.
W miarę jak zagłębialiśmy się w las , zaczynał on  grać i śpiewać.Tutaj usłyszałam chyba pierwszy raz w życiu szelest przeciskającego się wśród traw, zaskrońca. Śpiew ptaków rozrywał tę ciszę, ciął ją na ukos, budził z uśpienia i zadumy. Leśne polany pachniały dojrzałą trawą, grzybami. Potężne drzewa, świerki, sosny i brzozy,zanurzały się w błękit nieba i miałam wrażenie, że toczą rozmowy ze słońcem.Gadały zresztą z ptakami, ze sobą też , bo pochylały się ku sobie,szeptały o czymś, pewnie i nam chciały coś powiedzieć, ale było tak pięknie, tak zachwycająco, że  woleliśmy milczeć.
  Brodziliśmy w trawach po kolana.Zaczepiały nas wędrujące jeżyny, uśmiechały się do nas listki poziomek i borówki brusznicy, listki czarnej jagody, masa różnych ziół, których daremnie by szukać gdzie indziej.Wśród nich uśmiechała się do nas śliczna błękitnooka cykoria podróżniczka, a pewnie to z zawiści piołunowi  poszarzały liście. Co za bogactwo, jakie piękno dookoła. Potężne narzutowe głazy, świadkowie przeszłości geologicznej tych ziem, zachwycają kształtem i różnorodnością barw.
  Zazdrościłam ludziom mieszkającym w tej głuszy.Ukryte wśród lasów drewniane domy, zapewniają mieszkańcom spokój i ciszę. Wymarzone miejsce do tworzenia we wszelakich dziedzinach sztuki.!!
  W Bugu odbijało się całe niebo. Rzeka jest dzika i pełna ryb.Zakola porastają trzciny, siedlisko, ptactwa,które tutaj znalazło wspaniałe warunki do rozwoju, wychowywania swojego potomstwa.
  Można stać na brzegu godzinami i podziwiać całe bogactwo flory i fauny, przeglądać się w wodzie.
  Przydrożne kolorowe kapliczki , pokryte gęstymi strzechami i bogato zdobione, przykuwają wzrok.
Kręte drogi prowadzą do nielicznych domostw.Prowadzą na Grabarkę.Nie będę wam opisywać Świętej Góry GRABARKA. TUTAJ TRZEBA BYĆ , ZOBACZYĆ. Wezwała nas przecudnie brzmiącymi dzwonkami. Do cerkwi prowadzą  szerokie schody.Wejście na górę jest czasem na refleksję , zadumę, wyciszeniem emocji.
Czas zatrzymuje się w miejscu. Świat i jego problemy oddalają się, kiedy pokonujesz stopień po stopniu.
Potężne sosny , dzwony cerkwi na szczycie i znowu potężne sosny, schodek po schodku, setki krzyży wbitych w ziemię. Każdy krzyż to prośba, błaganie, rozpacz, ale także podziękowanie za uzdrowienie, pomyślność.
Idziemy w milczeniu.
Wracamy inną drogą, którą zagradza nam siedlisko bobrów. Ścięte drzewa , zbudowane misternie tamy, obgryzione gałęzie.Cisza wibruje nam w uszach.Wychodzimy na łąki ze śladami odbywających się tutaj zapasów jeleni: rykowisko!!
   ZNALAZŁAM odpowiedź.Płakałam, jak bóbr/chociaż nigdy nie widziałam łez bobra!!/ .
Jeśli chcecie znaleźć dowód na istnienie Boga, rozejrzycie się uważnie wokół siebie, zechciejcie zobaczyć piękno i harmonię naszej ziemi. Jeśli jeszcze i to was nie przekonuje spójrzcie w oczy swojego dziecka, tam zawsze ON jest.
 Życzę wszystkim abyście  mogli odwiedzić Podlasie i odkryć na nowo urodę Ziemi. Zachwycajcie się każdym dniem, każdą ofiarowaną wam chwilą.Uczyńcie z życia nie kończący się film szczęśliwych zdarzeń i samych radości.
  Marysiu i Zbyszku, dziękuję Wam za wspólnie przeżyty czas i odkrywanie tajemnic Wszechświata. Do szybkiego zobaczenia na Pięknym Podlasiu.
  


   
  

środa, 13 listopada 2013

MARZENIA TRZEBA MIEĆ, ALE.....

Kiedyś, dawno temu, chciałam jeździć samochodem. Marzyłam o tym wiele lat. Nie wiem jak chciałam jeździć, bo posiadałam tylko kartę rowerową. Ale..siedziałam , zamykałam oczy i widziałam siebie w samochodzie, jeździłam w myślach , jak sam Hołowczyc, doskonale.
Nocą prześladował mnie ten sam motyw niemocy: kiedy we śnie jechałam pod górę, samochód zaczynał toczyć się do tyłu. Wówczas pojawiały się dziury w podłodze i idąc, wtaczałam auto na górę, co za koszmar.
To jeszcze nic, za skarby świata całego nie mogłam pokonać wjazdu serpentyną. Obijałam się po bandzie, aż na koniec samochodem poobijanym jak ulęgałka , która nie dość ,że spadła z gruszy, to jeszcze toczyła się kilka metrów po ostrych kamieniach, wyjeżdżałam na prostą drogę.Co za męka!
 Po wielu latach , pomimo,że wiele osób wmawiało mi, że nie mogę w żadnym wypadku jeździć samochodem, bo to dla mnie już za późno , a tak w ogóle , to nie nadaję się do jazdy całkiem, nie wiem do dzisiaj z jakiego powodu. Nie wiem też z jakiego powodu uwierzyłam kilku dupkom, że nie mogę , bo na pewno nie potrafię.
  W tajemnicy przed wszystkimi, wybrałam się na kurs prawa jazdy. Ukończyłam go i zdałam egzamin za trzecim podejściem.. Nie  było mi jednak dane jeździć samochodem. Moje życie tak się potoczyło,że znowu musiałam zająć się czym innym, a kupno samochodu zeszło na ostatni plan.
   Nagły zwrot w moim życiu sprawił, że posiadanie samochodu stało się bezwzględną potrzebą. Upłynęło 10 lat od zrobienia prawa jazdy. Nie miałam więc najbledszego pojęcia o jeździe jakimkolwiek pojazdem.
    Na mojej drodze spotkałam pana Wojtka, najcudowniejszego nauczyciela jazdy autem. Siła spokoju , tolerancji, a oprócz tego kompetentny, czujny i surowy. "O" tolerancji. Musiałam nauczyć się wszystkiego.
Od ogromnej nieporadności , do względnie prawidłowej jazdy jeździłam pod czujnym okiem pana Wojtka.
Jeździliśmy przez wszystkie ulice Gdańska, skrzyżowania, ronda, miejsca bezpieczne i niebezpieczne.Trzy miesiące wcześniej zamówiłam samochód, musiałam mieć nowy i koniecznie z automatyczną skrzynią biegów.
    Każdego dnia widziałam coraz wyraźniej ,że naprawdę zacznę jeździć.
   -A , co za kretyn wmawiał pani,że nie będzie pani jeździć? Pan Wojtek ubolewał nad tym ,że straciłam tyle lat . Potem dodawał, że lepiej późno niż wcale. Z moich postępów był zadowolony. Pewnego dnia powiedział mi,że samochód z salonu mam odebrać sama i mam sama jeździć, aż do uzyskania dobrego samopoczucia za kierownicą i opanowania przestrzeni miasta.
    Nauczył mnie niezwykłej czujności i panowania nad kierownicą. Rzecz jasna, że za każdą godzinę jazdy płaciłam i to dużo, ale to żadna cena za wiedzę i umiejętności,  za wpojenie mi wiary ,że mogę i powinnam jeździć. Po wielu latach stałam się samodzielna, życie stało się łatwiejsze. Otworzyły się przede mną nowe możliwości.
    Kiedy przyprowadziłam samochód i wysiadłam z trzęsącymi się rękami i nogami/pierwszy raz i to nowy samochodem, jechałam samodzielnie/, rozpłakałam się jak dziecko.
    Pan Wojtek powiedział krótko i twardo. A teraz jedzie pani na drugi koniec Polski.Jak pani wróci, będzie pani jeździć.On znał moje umijętności i wierzył we mnie. Wiedział,że tylko w ten sposób może mi pomóc uwierzyć we własne siły.
Pojechałam z Gdańska do mojej przyjaciółki Maryli, do Polanicy!!!
Pokonałam setki kilometrów, dziesiątki miast, miasteczek, skrzyżowań i rond.Oczywiście jechałam z Hołkiem. i bez niego nigdzie się nie ruszam. Dziękuję panie Wojtku!!!!
  Nigdy i nikomu nie dajcie wmówić sobie,że coś wam może się nie udać.Wierzcie we własne siły, pokonacie wszystkie trudności , jeśli tylko zechcecie.
  Jeśli macie jakiś cel w życiu, realizujcie go. Marzenia szybko zamieniają się w mgliste mrzonki, stają się nierealne, jeśli tylko marzycie.Możecie tak siedzieć i marzyć do końca życia , nic się nie ziści. Możecie do końca życia i całe dnie godzinami powtarzać: mam samochód, mam dom i księcia z bajki.
Przeżyjecie 20, 30 lat i nic się nie spełni..
 Marzenia są ważne, ale musicie dołączyć działanie , wówczas osiągniecie wszystko!! Marzenie +działanie=realizacja celu. Do dzieła !!!